Bez miotły po górach (Świętokrzyskich).

Puchar Gór Świętokrzyskich zaliczony. 45 km po górskich ścieżkach za nami.  Jak było? Ciekawie! W Górach Świętokrzyskich byłem pierwszy raz.  Z czym się One kojarzą? W większości z miotłami i latającymi czarownicami. Trochę słusznie. Tym razem też kilka z nich spotkaliśmy. Były zgrabne, szczupłe i kokieteryjnie się uśmiechały (niektóre miały spodnie biegowe, niektóre krótkie spódnice w pakiecie z długimi wysportowanymi nogami i muszę przyznać, bardzo przyjemnie się z nimi obcowało;)). Niestety w ostatni weekend na miotłach nie latały. Albo im się paliwo skończyło albo w Sabat Krajno zostały tylko te uczące się latać. Doświadczone czarownice pewnie wyjechały czarować gdzieś indziej.  Może to i dobrze. Nie chciałbym, żeby mnie ktoś w spódnicy na trasie na miotle wyprzedzał ;). Doping i sprzęt zmotoryzowany jest na szczęście w biegach zabroniony.

55fd0d47c5338_o

Doświadczone czarownice ;)

Przyznam, się, że jak zwykle przy ultramaratonach, bardzo obawiałem się tego biegu (tylko, którego biegu górskiego się nie bałem ;)). W tym roku nie robię tyle treningów co kiedyś. Jedynym dłuższym wybieganiem, które można by było pod przygotowanie zaliczyć, to start w półmaratonie w Hajnówce 3 tygodnie temu. Czy tym razem uda się przebiec 2 razy dłuższy dystans i to od razu po górach? To pytanie trochę mnie męczyło. Myślicie, że nie myślałem, żeby zrezygnować ? Pewnie, że myślałem, ale nie mogłem wytłumaczenia przed sobą i Mackiem znaleźć ;)

Plik_000 (2)

Przekrój trasy biegu.

Z drugiej strony jak nie spróbuję nie będę wiedział. Maciek od tygodni mi powtarzał że jak kiedyś nam się udało. to teraz też się uda. Jakiś głos w głowie mówił mi, że tym razem to chyba kituje. Niestety albo stety Maciek powtarzał  mi to, powtarzał i powtarzał to tak długo, aż uwierzyłem, że jednak musi się udać. Czy słusznie?

13442271_1131396423584333_8588118193247753045_n

Start zaplanowany był na 8:30. Razem z nami rozpoczynają też Ci którzy zdecydowali się na półmaraton (krótkodystansowcy!!;))  Zaczynamy. Najpierw asfalt, a po 3 km wbiegamy w las.

45438177988812__405x720-ARGB_8888-961859941Przed nami pierwsze duże wzniesienie. Oj. jest co wchodzić. Wszędzie olbrzymie kamory, (tak – „kamory”, bo kamienie są mniejsze) nierówno i całkiem stromo pod górę. Zaczynamy się wspinać a już mnie zaczynają łydki boleć. Upsss…nie za szybko? Czyżbym jednak przeliczył się z możliwościami?

13423761_1131422183581757_2466129462203916329_n

Po kilkunastu minutach wygibasów i walki o jak najlepszy balans ciała na kamieniach wbiegamy(ok…poniosło mnie), tzn. doczłapujemy do pierwszego szczytu. Oddech na górze mało stabilny ale  pierwsza góra za nami.(to Łysica – 612 m.n.p.m.  najwyższy szczyt Gór Świętokrzyskich). Kurcze…te górki jednak są całkiem spore, Przynajmniej na razie. Z góry już biegnie się lepiej. Zbiegamy i po 8 km grupy się rozdzielają,  półmaratończycy na prawo ciut ambitniejsi albo Ci o mniejszej wyobraźni na dystans w lewo. Biegniemy chwila po asfalcie i wbiegamy znowu w las. Teraz mamy się wspinać na Łysą Górą – drugi szczyt w kolejności i również wysokości (594 m.n.p.m.) tych gór.  Ku mojemu zdziwieniu podbieg tu już był jakiś taki „plackaty”. Już nie było takich kamieni jak wcześniej. Stromizm też jakoś mało. Biegliśmy całkiem szerokimi ścieżkami spacerowymi i nagle …..byliśmy pod iglicą wieży radiowo-telewizyjnej. To już? Tak szybko? Przebiegamy koło Sanktuarium Św. Krzyża, gdzie ponoć są pielęgnowane relikwie religijnie i do którego zjeżdżali się kiedyś nasi królowie. Zwiedzimy innym razem. Teraz „pchamy” do przodu.. Woluntariusz mówi nam, że teraz już w dół i mamy uważać, bo stromo. Owszem, trochę w dół jest ale tych stromizm to jakoś nie widzę. Biegałem już w miejscach gdzie było bardziej stromo. Nawet na mojej ulubionej Kazurce na Ursynowie jest bardziej niebezpiecznie. Ale jakie góry takie i stromizmy – raczej pagórkowate. Zbiegamy i jesteśmy przy drugim punkcie odżywczym. Tu otrzymujemy dobra wiadomość, najgorsze wzniesienia za nami. Nie było tak źle, ale skoro najgorsze za nami to trzeba się cieszyć. Pijemy, napychamy się bananami, ciastkami i cukierkami i biegniemy dalej. 20 km za nami. Fakt teraz ścieżki są już bardziej wyprostowane.

13394003_1131396440250998_9086869368470591173_n 13467848_10207935579800885_53838033_o

Biegniemy ale ….moje nogi coraz mniej się zgadzają na wysiłek. Mam kryzys. Kolejne kartki z kilometrami na drzewach pojawiają się coraz wolnej. 21 km, 22 km,…….23km……………………24km.

45436573234046__304x540-RGB_565-395234099

Dobrze, że to już połowa.  Ale to dopiero połowa a ja już szukam sił. Kurcze, gdzie One są? Ktoś mi je ukradł? Schowały się? Wakacje sobie zrobiły? Wagary? Teraz? Nie miały lepszego momentu? Szukam  w plecaku, w kieszeniach, na drzewach, pod drzewami, kamieniami.  Nie ma! ;( Na Policje dzwonić, żeby pomogli odnaleźć?  Maciek obok biegnie dość rześko. Albo ma lepszą kondycję albo świetnie udaje! ;) Nawet sobie robi pogaduchy z nowo poznanym kolegą. Biorę kolejnego żela…i niepewnie zastanawiam się jak to będzie do końca.  Widząc jednak, że Maciek gdzieś mi trochę uciekł, podświadomie i ze zdziwieniem …….zaczynam przyspieszać. Czyżby to był tylko chwilowy kryzys. Od 25 km zaczynam wyprzedzać kolejnych zawodników. 1 -szego ,2-go,  3-go , 5-tego.  Wow….nie jest ze mną tak źle.

Plik_005 Czyli to był tylko chwilowy kryzys.  Nawet Maciek zaczyna mnie chwalić. Ok. 30 km lekko skręcamy. Wolontariusza, który spisuje numery, pytam w biegu, który jestem. 83-ci! No ..fajnie by było na mecie w mieć 7-kę na początku. W takich biegach różnice między biegaczami są już spore. To nie jest tak, że się biegnie i kogoś widzi. Żeby nawet zobaczyć plecy wcześniejszego zawodnika to trzeba się trochę spocić i namęczyć. Fakt, jak się już dobiegnie do takich pleców to satysfakcja rośnie a siły razem z nią. A jaka jest przyjemność gdy się takiego uciekającego przez kilka km zająca minie!!! Kto kiedyś próbował ten wie. Znowu wybiegamy gdzieś na asfalt. Jeszcze 12 km. Już blisko. 12 km to już niedaleko. Dam radę.

13434927_1131396473584328_5866159622110091219_n Plik_000

Maciek cały czas mnie mobilizuje: Choć miniemy kolejnych. Widzisz tam daleko taką grupkę. Widzę…..i co z tego!!!!! Nawet mnie nie drażnij!! ;) No…to choć ją miniemy!  Sam sobie mijaj. To Twój pomysł! – odpowiadam.  Staram się biec własnym tempem. Z przyjemnością stwierdzam jednak, że grupka się zbliża i przed kolejnym podbiegiem ich również mamy za placami. Dobiegamy do ostatniego punktu żywieniowego na 36 km. Już tylko 9 km. Trochę jeszcze pod górę i z górki.

13445532_1131396540250988_7505118621147207196_n Zmęczenie już każdy tu czuje.9 km to już można poczuć zapach mety. Już blisko. Tu głowa już wie, że za chwilę dostanie medal.  Już wie, że mimo zmęczenia, bieg zostanie zaliczony. A jak się pojawia ta myśl to i siły jakby stają się większe. Znowu biegniemy w lesie. Pod tym względem to super teren do biegania. 80% trasy po lesie i w cieniu. Super! Pokonujemy kolejne km.

13435379_1131422196915089_4549046770591202934_n

Jeszcze 8, 7 km.…40km. jeszcze 5 km. Jeszcze tyyyyylko 5 km. Próbuję kolejnego żela. Upssss….piję, ale organizm już go odmawia. Czuję już ścisk w żołądku.  Wygląda na to, że faktycznie jest zmęczony. Piję wodę z plecaka i biegnę dalej. Maciek biegnie szybciej ale też coraz częściej zaczyna się skarżyć na nogi. Jak to miło usłyszeć, że kogoś też coś boli ;) Nie mnie jednego! Ufff! Już niedaleko. Jeszcze trochę. Dobiegamy do asfaltu. Byliśmy tu rano. Jeszcze trochę pod górkę, z górki i meta. Jeszcze 3 km.  Biegnę i mijamy kolejną grupkę. O dziwo truchtam a Oni z podziwem gratulują, że biegniemy gdy Oni mogą już tylko iść . Jeszcze 1,5 km.  Teraz kawałek z górki i meta. Przed metą czeka na Macka już Ala. Maciek bierze ją za rękę i wbiega na metę. Ja wpadam kilka sekund po nim. Ala – córka Macka od razu chce nam pokazać jakieś atrakcje dla dzieci. Ania – żona Macka, przygląda nam się i od razu hamuje zapędy córeczki: „Nie Alu, nie teraz! Wygląda na to, że chłopaki muszą odpocząć, najlepiej teraz NIE wyglądają ;)  Muszę przyznać, że miała dobre oko. Na mecie przez kilka minut byłem wykończony.  Te 45 km dało mi naprawdę w kość.

Plik_004

Oficjalnie Maciek był 64 ja 65 ( numer startowy też miałem 65!!!, na kolejny bieg zamawiam sobie 1 -kę ;)!  Od 30 km wyprzedziliśmy prawie 20 osób!!! A czas? 5:08;50 i 5:08:56. Wow! Sam nie mogę uwierzyć, że tak szybko. Poprzedni ultramaraton w Lądku na podobnym dystansie przebiegliśmy w 7 godzin! Owszem teren był dużo bardziej wymagający ale prawie 2 h różnicy to jednak super wynik. Strasznie jestem zadowolony, że z nas takie pędziwiatry. Okazuje się, że w Świętokrzyskim można być całkiem szybkim nawet i bez miotły! ;) Swoją drogą ciekawe jak szybkim można być na miotle! ;) Może kiedyś uda się sprawdzić.

Puchar Gór Świętokrzyskich bardzo polecam! Świetna impreza, sympatyczni organizatorzy, woluntariusze i masę atrakcji dla dzieci. Jedyna mała wada, to to, że… wyciąg narciarski nie działał. Na narty, trzeba będzie przyjechać innym razem ;)  Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś pojedziemy tam biegać. W końcu to tylko 2 h od Warszawy.

PS. My wzięliśmy  udział tylko w jednym biegu. Impreza trwała jednak aż trzy dni i składała się aż z 4 biegów. Więcej na stronie:  http://www.puchargorswietokrzyskich.pl/

Opublikowano Bez kategorii, historia biegowa, Puchar Gór Świętokrzyskich, zawody | Otagowano , , , , , , , , | Skomentuj

Zimowy Półmaraton Gór Stołowych – styczeń 2016

Co to u licha jest?  Jesień, lato,  wiosna, czy zima? Tak do końca to nie wiem. Kalendarzowo – jednak zima. Coś aura nam w tym roku trochę sobie z nas żartuje. Przyznam, że już by mogła sobie odpuścić. Tydzień śniegu w połowie stycznia to trochę za mało jak na całą zimę. Zimy w tym roku mało ale za to Zimowy Półmaraton Gór Stołowych był. I to całkiem solidny. Przynajmniej nazwa jest zimowa. Zawsze coś. No, nawet duże COŚ.

Ten rok biegowy (wspólnie z Maćkiem) rozpoczęliśmy  startem w tej właśnie imprezie. Góry Stołowe to jeden z najpiękniejszych regionów do biegania. Biegłem tu już raz latem, teraz nadarzyła się okazja, żeby pobiec….zimo-wiosno-jesienią (nazwa skomplikowana ale nie moja wina, że  właśnie taki „misz masz” obecnie mamy;)). Plusem takiego rozwiązania jest to, że teraz będę miał odfajkowane już wszystkie pory roku.

IMG_6301IMG_5975Start zaplanowany był na 9 rano w sobotę. To nie jest dobra godzina na start! No może dla tych co  śpią w tutejszych schroniskach. My musimy na start wyjechać już przed 7 rano. Wyjeżdżamy prawie nocą.  Ferie rozpoczęte a trzeba wstawać po ciemku! To nie po krasnoludzku.  Ok. 8 jesteśmy na miejscu, bierzemy pakiet startowy i czekamy na 9:00 i start. Owszem pobudka była wcześniej ale lekka adrenalina przedstartowa jest. W pakiecie dostajemy  żel, trochę tradycyjnego papieru reklamowego i bardzo ładny buff (jeden z najładniejszych jakie kiedykolwiek dostałem). Nie było wcześniej jego zapowiedzi więc niespodzianka już na starcie jest bardzo przyjemna. Przed 9 na starcie lekka rozgrzewka i startujemy. 21 km przed nami. Śniegu nigdzie nie widać. Dookoła …..sama trawa. Cóż, na zdjęciach trzeba będzie go photoshopem dodawać. Gdzieś w materiałach przeczytałem, że można korzystać z rakiet śnieżnych.  Rozglądam się, ale nikogo w nich nie widzę ;) Dobrze, że chociaż góry  tak jak miały być – SĄ. Po drodze zapowiadają nam jeszcze inną atrakcję – lód. Poczekamy, zobaczymy.

3,2,1, start zaczynamy. Pierwszy podbieg. Na razie lekko i pagórkowato. Rozgrzewka. Główne atrakcje będą za chwilę. Zaraz zacznie się pierwszy poważny zbieg.

ZPGS-profilPrzekrój trasy

IMG_5978IMG_5983IMG_6306Upsss….zaczyna się!  Błoto, ślisko, korzenie,  kamienie i gałęzie wchodzące do oczu. Czyli to co gazele i kozice górskie z Warszawy lubią najbardziej. W końcu po to przyjechaliśmy ;)  Ja biegnę z kijkami. Moim zdaniem z nimi trochę wolniej ale asekuracja i  bezpieczeństwo większe. Maciek – woli styl klasyczny, czyli bez podpórek. Każdy ma swoje własne „ulubieństwa”. Za chwilę pierwsze 200 metrów w dół za nami.  Ufff. No…rozgrzewka była? Była!  Teraz główne atrakcje – wspinaczka!  Oj jest co się wspinać. Tak teraz się dopiero zaczyna. Bardzo stromo, bardzo kamienisto i ślisko. Tak, jest wyzwanie. Większość uśmiechów z początku trasy pochowało się już głęboko do plecaków. Teraz coraz częściej widać już powykrzywiane i ciężko sapiące twarze trolli wychodzące z kopalni na górę.  Jest co się wspinać.

IMG_5987 IMG_5986 IMG_5982Obok gapią się na nas olbrzymie skały i myślą, po co im to wszystko. Nie mogą sobie postać tak jak my? Stoimy tu już kilka tysięcy lat i jakoś nam dobrze. Po co się tak śpieszyć? Tu też ładnie.  Trasa jest naprawdę malownicza i ciekawa tyle, że biegnąc, zapobiegając ewentualnym kontuzjom oglądamy głównie to co pod nogami a nie co powyżej szyi. Kilka razy staję jednak porobić parę fotek. Przydadzą się do tego tekstu.

IMG_5993 IMG_5990Biegniemy. Przyznam, że czekam i czekam na pierwszy punkt odżywczy a ten nie chce się pojawiać.  Tu w górach 1 km jest jakoś dwa razy dłuższy niż w płaskim terenie. 4-ty kilometr, piąty, szósty,ale tu się dłuży. Robimy zakręt pod Szczelińcem i.. zaczyna się walka o życie.  Jest obiecany lód. Nie dość, że śliski to jeszcze na ostrym zbiegu. Korzenie i ..lodowisko. Tu żartów nie ma. Jedni pokonują go na tyłku inni walczą z przyciąganiem ziemskim i liczą na łut szczęścia i wystarczające umiejętności stabilizacyjne. Powoli, czasami z przyśpieszonym lądowaniem na pupie ale wszyscy jakoś dochodzą do pierwszego punktu z posiłkiem na drodze. Adrenalina jest!

IMG_6302 IMG_6304Cola, żeliki, ciastka i biegniemy dalej. 1/3 za nami. Biegniemy dalej. Po jakimś czasie wbiegamy na dużą polanę. Przede nami biegnie kilku chłopaków. Biegniemy za nimi. Biegniemy, biegniemy i zaczynają się pojawiać się pytania…a widzieliście oznaczenia? Hmmmm…od startu nie patrzę na oznaczenia! Cały czas za kimś biegnę licząc, że ma kontakt z kimś przed nim. W końcu nigdy nie byłem pierwszy! Takie pola były na trasie maratonu letniego.

IMG_5997„In the middle of nowhere”, czyli w drodze na Warszawę. ;)

Może za chwilę jakaś szarfa się pojawi. Dziewczyna z boku, też mówi, że pamięta tą polanę z ubiegłego roku. Biegniemy dalej, widać jakąś wioskę. Jedna dziewczyna krzyczy:” o widac jak ktoś biegnie na drugie wzgórze”. Nie widzę, ale ja i tak słabo widzę. Ufam w młodsze i ładniejsze oczy.  Tyle czy słusznie?  Po chwili konsternacji, pada jednak hasło. STOP! Zawracamy. Minęliśmy trasę! ;) Uuuuuuupss! Wracać? To ja tu na darmo biegłem!?! To gdzie ja jestem? Dobrze, że się nie rozpędziłem, bo bym do Warszawy dobiegł. Tak jak my zawraca ok 50 albo i więcej  osób. My niestety byliśmy z przodu peletonu.  A przez chwilę miałem takie miłe poczucie, że jestem na początku stawki ;( Wracamy. Cóż, pucharu za zwycięstwo nie będzie!;)  Na mecie GPS pokazał, że nadrobiliśmy ok 3 km. Całkiem sporo. A kto bogatemu zabroni biegać więcej niż trzeba.

Dalej już pilnujemy wstążek;)  Zresztą nie tylko my. Jest nas więcej.  Teraz jakoś trasa zaczyna mi się dłużyć. Mam mały kryzys. Organizm jednak odczuwa miesięczne choróbsko które mnie ostatnio męczyło. Maciek wyraźnie ma więcej sił. Miło mi, że poczekał na drugim i ostatnim punkcie odżywczym. Tu biorę więcej żelków niż ostatnio i trochę odpoczywam. Przyznaję, czułem tu już zmęczenie. Do mety już tylko 7 km. Tzn. planowo 7, o ile nie zabłądzimy ponownie ;) Pamiętam, że teraz powinno być w miarę płasko. Trasa faktycznie teraz biegnie po grzbiecie rezerwatu Błędnych Skał. Fakt jest dość „plaskato”, ale są za to inne atrakcje. Jest śnieg i lód.

IMG_6001 IMG_6002Śnieg czasami jednak był

Znowu mamy lodowisko. Gdyby babcia miała wąsy to …mogłaby wziąć łyżwy.  Auuuuć!!! A pod lodem jest lodowata woda! Już wiem, że jest lodowata. Ten niby płaski odcinek wcale nie jest taki spokojny jak miał być. Auuuuć! Druga noga też już wie, że pod lodem jest zimno. Za chwilę widzę kobietę nakrytą folią NRC. Jak się później okazało, na tym lodzie złamała sobie obojczyk.  Ostrożnie biegniemy dalej. Do mety już coraz bliżej. Po kilku km już nawet ją widzę. Pokazuję, ją Maćkowi. Ten robi do mnie wielkie oczy! To aż taaam!? W linii prostej to jakieś 500m .Tak, tyle że najpierw musimy jeszcze zbiec po stromym lodowisku a na metę trzeba jeszcze wchodzić po kilkuset kamiennych schodach. Dzięki kijkom zbiegam trochę szybciej, jednak na prostej już oglądam plecy kolegi. Dziś jest zdecydowanie mocniejszy. Jeszcze tylko schody i meta. Dużo, dużo, dużo olbrzymich i stromych schodów.  Po dwudziestu kilku km były szczególnie duże. Na szczęście te nie są już oblodzone. Po 3:40 minutach od startu wpadam na metę (Maciek na mecie był dobre kilka minut wcześniej, tego dnia był zdecydowanie silniejszy).

IMG_6311

IMG_5999Oboje  dostajemy po medalu. Projekt jest jednym z najładniejszych jakie kiedykolwiek dostałem, Naprawdę duże gratulacje dla grafika za medal i buffa. Za 3 kilometry dłuższego biegu należała nam się super nagroda i była. W końcu nie co dzień robi się 24-o kilometrowy  półmaraton. ;)  Przebieramy się szybko w suche ubrania, robimy kilka zdjęć i schodzimy do samochodu. Banany na twarzy są! ;) Kolejny bieg zaliczony. Warto było tu przyjechać. Tyle, że na prawdziwy półmaraton zimowy, taki ze śniegiem będzie trzeba przyjechać za rok. Za rok albo…albo do lipca. Może w tym roku śnieg spadnie w lipcu? Kto wie? ;)

Opublikowano zawody, Zimowy Półmaraton Gór Stołowych 2016 | Otagowano , , , , , | Skomentuj

V Bieg Od Metra – 23 km bez kropki nad „i”

W grudniu oprócz Toruńskiego biegu Mikołajów wziąłem udział w jeszcze jednym ciekawym wydarzeniu biegowym. Choć mało medialne to jest już kultowym wydarzeniem na mapie Warszawy. To Bieg Od Metra. Ostatni bieg był już 5 -tym. Jeden z kolegów, zawsze z wielkim entuzjazmem wypowiadał się o uczestnictwie w nim. Mnie jakoś zawsze omijała możliwość uczestniczenia w nim. Tym razem się udało. Ufff wreszcie.  Fakt jest dość nietypowy. To nie jest bieg w którym biegnie się dla współzawodnictwa.  Ideą jest pomysł przebiegnięcia całej linii warszawskiego metra od Młocin aż po Kabaty. To bardzo towarzyska impreza biegowa, pełna uśmiechu i nietypowych atrakcji. Czas zupełnie tu nikogo nie interesuje. Bardziej, ile jeszcze stacji Metra zostało do końca lub.. ile do najbliższego punktu wspomagającego lub…gdzie najbliżej jest otwarty sklep 24h.;)  Jak towarzystwo to oczywiście też te sprawdzone. Wiadomo BBK ;). Nasz team na ten bieg to Doro, Maciek, Marek, Piotrek i Tomek.

Bieg rozpoczyna się przy stacji Młociny a kończy w Kabatach.  Ze względu na różne stopnie wytrenowania uczestników bieg podzielony jest na kilka grup. Najszybsi biegną z tempem  5’15, najwolniejsi 6’30.   Na start jedziemy z samej mety.  Wchodzimy do Metra i od razu widzimy kolejnego śmiałka. Pierwszy!  Po drodze dosiadają się kolejni. Przyznam, że już sama trasa metrem była całkiem czasochłonna. Metrem na start jechaliśmy ponad 40 min. Metro ma kółka i silnik! My..na drogę powrotną mamy, nogi, kurtki, czapki i ….piersiówkę na wzmocnienie. Oby wystarczyła. No…ale są lepiej przygotowani. Jeden Biegowy Entuzjasta ma cały bukłak na plecach wypełniony napojem wzmacniającym długo leżakowanym ;) Każdy jest kowalem swojego biegu więc, każdy ma to co potrzebuje ;) W tym roku…pogoda jest taka sobie. Jest ok 6 C ale dżdży i jest bardzo wilgotno.  Na stacji w Młocinach grupa jest już całkiem spora. Nawet przez megafon kontrolerzy proszę o przemieszczenie się na zewnątrz bo robi się niebezpieczny tłum. Robimy pamiątkowe zdjęcia i ruszamy z powrotem do Kabat. Decydujemy się na najwolniejsze tempo!6:30 prawie ja emeryci! Czemu? No…doszliśmy do wniosku, że wolne tempo najbardziej odpowiada towarzyskiemu charakterowi biegu. Pierwsza grupa liczy kilkadziesiąt osób. Jedynie Piotrek zdecydował, że będzie biegł szybciej. Wiwat charty BBK! ;)

IMG_0269 FullSizeRender

Doro..odpoczywała już przed biegiem ;)

piter - młociny

Zając nadający tempo faktycznie trzyma się czasu i mam wrażenie, że nawet go zawyża. Dawno nie biegliśmy tak wolnym tempem. Za to jest więcej czasu na konwersacje. Biegniemy chodnikami i jest trochę ciasno. No..trudno. Taki klimat imprezy;) Mijamy pierwszą stację Wawarzyszew. O…tak górą to całkiem blisko. Za chwilę mijamy Stare Bielany, Słodowiec, przyznam, że dołem metrem odległości wydawały się większe, górą wszystko wydaje się bliższe. Kto ma pije „izotoniki” i jest całkiem fajnie. Za chwilę mijamy plac Wilsona, a przy Dworcu Gdańskim widzimy  witającą nas olbrzymią choinkę zrobioną ze świateł biurowca. Fajny pomysł. Powili przemieszczamy się dalej.  Przy Królewskiej w centrum czeka na nas pierwszy punkt żywieniowy. Dla każdego woda, herbata, cukier i czekolada. Niektórzy jednak potrzebują jeszcze dodatkowych kalorii. dobrze, że w centrum takich miejsce jest całkiem sporo. Tylko…gdzie kupić korkociąg do wyciągania korków. Jak nie górą to dołem. Jak nie można korka wyciągnąć to trzeba wepchnąć. Entuzjasta biegowy zawsze da radę! ;)  Uzupełniamy glukozę i płyny i biegniemy dalej.

IMG_0271 IMG_0278

Choinka na biurowcu.

Ludzie trochę dziwnie się na nas paczą ale zazwyczaj bardzo przyjemnie. Biegacz na ulicy to już nie rzadkość ale takie prawie 100 osobowe grupy często o 23 w nocy nie biegają. Mijamy Pałac Kultury ..fajnie dziś wygląda. Biegniemy dalej, w ciemności poznaję kurtkę Piotrka.

IMG_0284

IMG_0285

 

Kolejna, szybsza grupa chyba nas wyprzedza. Politechnika, Pola Mokotowskie. Już bliżej niż dalej. Już niedaleko najbardziej kultowy przystanek z niespodziankami organizatorów.  Dobiegamy do Metra Wilanowska. To z boku przy samochodzie zorganizowany jest ostatni punkt żywieniowy. Właściwie..nie żywieniowy a pitny. Jest zimno i wilgotno. Organizatorzy zadbali więc o docieplenie organizmów. Na polowym stole z dykty na każdego czeka kieliszek witaminy C wzbogaconej ok. 40% wartości rozgrzewających. Brrr…pycha! ;) Robi się i cieplej i jakoś meta wydaje się bliższa niż nam się wydawało przed przystankiem. Odpoczywamy 2 minuty i biegniemy dalej.

wilanowska IMG_0299

 ul. Rolna…już blisko

Ale…gdzie Marek??? Uciekł nam? Tomek postanowił biec własnym tempem a gdzie Marek? Zgubił się? Z Maćkiem i Doro…zaczynamy się rozglądać ale nie widać nowego aspiranta do chartów. Dzwonię na komórkę. Nikt nie odpowiada. Długi sygnał. Jest…i włącza się elektroniczna sekretarka: „Jadę teraz samochodem, Przepraszam nie mogę rozmawiać. Zostaw wiadomość”!!!!” No…takie buty! My tu pędzimy ostatkiem sił a kolega sobie podwózkę zafundował! ;) Ładnie, ładnie! Dzwonię raz, drugi…nie odpowiada. Trudno…kolegów poznaje się w zmęczeniu! ;) No nic! Takie życie! ;) Biegniemy dalej już w trójkę. Tu..muszę dodać jedno spostrzeżenie sportowe. Mam wrażenie, że alkohol…jednak w aktywności nie pomaga. Zdecydowanie pomaga w atmosferze ale czuję, że ostatnie km idą mi już zdecydowanie gorzej. Koło Multikina spotykamy Tomka. Znowu jest nas 4-ka. Jeszcze dwa przystanki i koniec. Natolin….Kabaty!!!!! Hip, hip hurra….Meta. Wow. Udało się! Super kolejny bieg zaliczony.

IMG_0310 FullSizeRender (1)

 W ramach rekompensaty za Toruń pozwalam Maćkowi wbiec na stację pierwszemu! Trudno…..może dzięki temu zapomni 3 s z Torunia! ;) Niech mi jeszcze raz wypomni!! A co teraz? Jakoś nie widać organizatorów. Jest 20 minut po północy, deszczowo i mgła. Podochodzimy do Tesco i też nikogo nie widać ani nie słychać. Cóż wracamy na swoją metę – Mieszkanie Maćka na Cynamonowej. Po drugiej stronie pozdrawiamy kolejnych biegaczy, którzy dobiegają do metra. Im też się udało. Gratulację! My zmęczeni ale bardzo usatysfakcjonowani jedziemy uczcić bieg do Maćka. Noc się jeszcze nie kończy. Rano..wstajemy, patrzymy na Fejsbuka i ….kurcze! Piotrek i Marek cieszą się ze zdjęcia z medalami!!! Co to? Fotomontaż? Skąd to mają!!!

piter i marek z medalami

 Piter i Marek z medalami.

Okazało się, że biegliśmy 23 km prawie na darmo!!! Satysfakcja jest..radość po biegowa..była…ale MEDALI nie ma! Organizatorzy metę wyznaczyli jakieś 150 m od Tesco. Niestety we mgle mety nie zauważyliśmy. Cóż:( Medale mamy tylko na zdjęciu z Fejsa!. Może Marek (autostopowicz! ;) z Piotrkiem od czasu do czasu nam go pożyczą. Całą nitkę metra przebiec i medalu nie dostać!? Wrrr.  No pełnej wisienki na torcie i kropki nad „i” nie  było.  Choć..medali mam już sporo. A czy ja biegam dla medali? Czy dla przyjemności i satysfakcji? Może w przyszłym roku nam się uda.  ”Nasza” meta na Cynamonowej też mi się podobała. Nawet bardzo! ;) A satysfakcji i wspomnień i tak mi nikt nie odbierze! ;)

Na koniec filmik z sieci. Całkiem fajny:

Opublikowano Bez kategorii, Bieg Od Metra 2014, zawody | Otagowano , , | Skomentuj

Jak każdy piernik może zostać Mikołajem?

Rozwiązanie tytułowej zagadki będzie od razu na początku. Tajemnice zostawiam na inne artykuły. Czasami, można odwrotnie ;) Żeby piernik został Mikołajem wystarczy trochę pobiegać, potrenować i koniecznie pojechać na początku grudnia do Torunia. Proste prawda? Wszystkie „pierniki” zachęcam do startu. Pozytywne emocje gwarantowane. To było prawie miesiąc temu..choć w sumie opisuję na czas. W końcu Mikołaj najbardziej kojarzy się z choinką i Świętami Bożego Narodzenia. Kończą się święta więc temat jednak aktualny ;) Już trzeci raz uczestniczyłem w półmaratonie św. Mikołajów w Toruniu. Za każdym razem jestem pod wrażeniem imprezy. Mam już spore doświadczenia biegowe. Biegałem już w różnych zawodach. Te toruńskie są jednak wyjątkowe. Nie ma na świecie miejsca gdzie biegnie kilka tysięcy Mikołajów. Widok czerwonej masy zadowolonych twarzy naprawdę jest niesamowity. To naprawdę świetne miejsce na zakończenie biegowego sezonu. Tylu pozytywnych endorfin nie ma chyba nigdzie. Każdy biegnie tutaj z bananem na twarzy.

IMG_0123

W tym roku pojechaliśmy tam w 8 osób. Ala, Ania, Doro, Justyna, Maciek, Marek i dwa Tomki. Ekipa już co by nie mówić sprawdzona i zahartowana zarówno biegowo jak i towarzysko.

43958938147236__720x405-ARGB_8888-257377954

 

-43958368835165__720x405-ARGB_8888-2054758865

zdjęcie 5

Przd startem

Jak było? Zacznę od biegu. Bieg co roku ma podobną trasę. Trochę przez stare miasto, trochę przez przedmieścia i trochę przez las. Nawet dżdżysta pogoda nie przeszkadza w odbiorze emocji. W tym roku nawet morsy przyjechały.

IMG_0105

FullSizeRender (1)

Co chwila jest coś innego, zmienia się krajobraz, otoczenie i powierzchnia. Naprawdę super urozmaicona trasa. Właśnie na takie grudniowe rozbieganie. To nie jest trasa na wymarzone życiówki, ale w tym jej urok. W ubiegłym roku biegłem częściowo po asfalcie a częściowo po śniegu, w tym już bieg był bardziej jesienny. Z moim stałym sparingpartnerem biegowym Maćkiem do końca nie byliśmy pewni taktyki…na koniec umówiliśmy się, że tym razem biegniemy razem. Ostatni bieg potraktowaliśmy bardzo luźno. Taki bieg przyjaźni, jak ostatni etap na Tour de France. Brzmi dobrze!;) Jak postanowiliśmy tak przebiegliśmy.Bez napięcia ale w miarę, na nasze możliwości szybko.

IMG_0127

tzn. prawie bez napięcia! ;)

zdjęcie 1

-43962285766243__178x252-RGB_565888717874

Przyznam bez bicia że Maciek nawet przed samą metą lekko poczekał na mnie. Za to największą atrakcją był wynik.Czekamy na wyniki…czekamy, czekamy…1 liczba ta sama, druga też, 3,4 i 5 podobanie..6-ta…JESTEM 3 sekundy szybciej! ;)) Hip, hip hurra! :) Szczęście sprzyja lepszym! No cóż…zegary nie kłamią, albo byłem grzeczniejszym Mikołajem. Nie moja wina! Jeden z kłótliwszych uczestników chciał nawet przez to powtórzyć zawody. Ale nerwus!! I to o byle 3 s.!Na szczęście musiał wracać do dziecka i żony! ;)

Pozostali z paczki też w miarę możliwości. No nawet bardzo dobre możliwości Marek i Justyna pobili nawet swoje rekordy na tym dystansie. Justyna …nie miała wyjścia! To był jej pierwszy bieg;) Pierwszy półmaraton! Może nie była z nas najszybsza ale…w swojej kategorii była na najwyższym z nas miejscu. Pięknie! Tak..to nawet fajne uczucie jak można lekko szafować wynikami. Jak nie czas netto to brutto, jak nie brutto to kategoria wiekowa, jak nie wiekowa to zawodowa a w ostateczności można dodać wagę, wzrost, numer buta i ulicę na której się mieszka;) Zawsze można znaleźć taką, która jest „właściwa”. Nie mniej duże gratulację dla kolejnego pół-maratończyka w rodzinie. Doro z Tomkiem też byli zadowoleni. Doro chyba nawet bardziej, bo była przed Tomkiem. Przyznam jednak, że zastanawiam się czy to nie była domowa poprawność polityczna;) Też uważam, że lepiej być drugim, żeby w domu potrawy nie były za słone;)

FullSizeRender zdjęcie 3 zdjęcie 4

IMG_0168 Tyle o biegu.. Teraz coś mniej biegowego ale co bardzo rzuciło mi się w oczy. Chciałbym tu jeszcze opisać kilka dodatkowych wrażeń z z moich grudniowych wycieczek do Torunia. Jak już wspomniałem to trzeci mój półmaraton w tym mieście. Poprzednie były jednak zupełnie inne. Biura organizacyjne były w jakieś starej sali gimnastycznej, miejsca mało, na mecie bufet pod namiotem. Niby ok..ale w grudniu z tego bufetu na zimnie nie chciało się korzystać. Do dziś pamiętam też kolejki po odbiór depozytu. W ubiegłym roku, jechałem z Warszawy głównymi ale niezbyt szerokimi drogami, przez miasta i wioski. A w tym? Kurcze widać, że Polska się zmienia. No na pewno Toruń. Do Torunia jechaliśmy piękną autostradą. Po 2,5 godzinach jazdy z Ursynowa byliśmy na miejscu, pakiety odbieraliśmy w nowej, ciepłej hali. Wszystko nowe i pachnące. Nawet bufet był zorganizowany w hali. Może było tłoczno, ale na pewno ciepło. Przyznam, że jestem pod wrażeniem zmian. W mieście też widziałem kolejne nowe przystanki, skwery i budynki. W ubiegłym roku tez atrakcją biegu był start z nowego mostu. Aż miło było to oglądać. W ciągu trzech lat zmiany jak dla mnie ogromne. Super. Fajnie tak raz na rok przyjechać i oglądać z perspektywy tak fajny rozwój miasta. Ciekawe czym zaskoczę się w przyszłym roku?

Opublikowano Bez kategorii, Półmaraton Św. Mikołajów, zawody | Skomentuj

Bieg zaduszkowy – Kabackie Dziady 2014

Dziś będzie o niecodziennym biegu – biegu zaduszkowym. Ten bieg to żadne zawody. Nie jest też biegiem wesołym. To symboliczne spotkanie biegaczy, którzy w dość wyjątkowy sposób chcą uczcić osoby, które odeszły w Lesie Kabackim. To już 4 lub 5 edycja tego biegu. Bez bicia przyznam, że sam dowiedziałem się o niej dzień wcześniej.

Co roku w noc poprzedzającą 1 listopada paru zapaleńców biegnie w Las Kabacki, żeby zapalić w nocy świeczki przy tamtejszych grobach. Ciekawa i bardzo fajna tradycja. W tym roku zebrało się o ile pamiętam 16 czy 17 osób. Z lampkami na głowach i zniczami w plecakach pobiegliśmy odwiedzić miejsca, które w Kabatach są naprawdę istotne. W lesie jest kilka mogił upamiętniających istotne wydarzania sprzed lat.

Nasza Ekipa

zdjęcie 1 (3)

Jest tam mogiła 110 osób zamordowanych przez Niemców w lesie w latach 41-43.

zdjęcie 3 (1)

Jest miejsce upamiętniające największą katastrofę lotniczą w dziejach Polskiego Lotnictwa. W 9 maja 1987  runął wtedy w las samolot lecący z Warszawy do Nowego Yorku. Zginęło wtedy 182 osoby.

zdjęcie 4

Jest też samotna mogiła Powstańca z 1944, którą napotykamy wchodząc do lasu od strony metra. Jest on jedynie repliką grobu, prochy zostały przeniesione na Powązki Wojskowe.

Oprócz nich odwiedziliśmy też pomnik upamiętniający miejsce, gdzie w latach 1936-39 nasi kryptolodzy,Marian Rejewski, Jerzy Różycki i Henryk Zygalski rozszyfrowali tak istotny dla losów wojny niemiecki kod „Enigmy”. Przekazanie tych informacji wywiadowi angielskiemu w 1939 r. w znacznym stopniu zmniejszyło straty wśród wojsk alianckich, a także pozwoliło na przeprowadzenie skutecznych ataków na wojska niemieckie.

Bieg był bardzo klimatyczny. Wszędzie ciemno, cicho, las, chłód, noc i kilkanaście białych gadających między sobą punkcików w czarnej scenerii nocy. Bez pośpiechu biegaliśmy od 23 do prawie 1. Było bardzo fajnie, świątecznie i refleksyjnie. Gorąco polecam bieg w przyszłym roku. Owszem w tym roku był mały wypadek i jedna osoba skręciła sobie kostkę. To jednak mogło się zdarzyć wszędzie.

IMG_20141101_004450

Tyle na dziś..

A To nasz nowy kolega…duch lasu. Też biegł z nami.

IMG_20141101_004515

 

 

 

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Żyję…

No ….dawno mnie tutaj nie było, dawno. Mam nadzieję, że ktoś zatęsknił ;) Przyznaję…od ostatniego wpisu trochę minęło. Nie znaczy to, że się nic nie działo. Był bieg po torze wyścigów konnych na Służewcu „Wielka Ursynowska” ,był bieg przez nowy most warszawski „Bieg przez most” na Tarchominie, był też kolejny ćwierćmarton Warszawski (kolejny jako zając).  Jak znajdę chwilę to jeszcze coś o nich napiszę. Każde z tych zawodów wspomina mi się rewelacyjnie. Mam nadzieję, że wkrótce uda mi się o nich napisać. Szczególnie ciepło kilka zdań chciałbym napisać o  Wielkiej Ursynowskiej i Biegu przez Most. Nie dość, że oba to były moje PB  to na dodatek dwa zwycięstwa nad pewnym kolegą, który polubił ze mną przegrywać  ;)

Opublikowano Bez kategorii, zawody | Skomentuj

Bieg Szlak Trafi 2014

New_1382163_766699263349392_3039597911160930424_n

Dziś o kolejnej super imprezie biegowej. Kilka tygodniu temu Marek z BBK wspomniał o ciekawym biegu z intrygującą nazwą Bieg Szlak Trafi. Szlak trafi? Już nazwa wzbudzała emocje. To musi być coś ciekawego. Dopytałem się, przeczytałem co, gdzie i jak, to od razu zdecydowałem się na uczestnictwo. Na początku miał tam startować tylko Marek z Justyną. W sumie dojechaliśmy tam w 9 osób. Ania, Ala, Basia i Olek jako kibice i 5 -ka zawodnicza na zawody. Jeszcze Dorota, Maciek i Ja. Miała być 6 -ka, ale mamy w grupie dezertera! Nie powiem kto to..ale pewnie się domyśli o kim mówię. Taki duży, wysoki i lubi oglądać seriale. Pewnie 733 odcinek „Niewolnicy Isaury” musiał obejrzeć! ;)

2014-08-09 10.17.522014-08-09 10.54.00

Bieg Szlak Trafi odbywa się między Puławami a Kazimierzem Dolnym. To tylko ok. 100 km od Warszawy. Można więc wyjechać nawet bez noclegu. Główną zaletą tej imprezy nie jest jednak dystans od domu ale fantastyczny klimat i niewiarygodnie atrakcyjna trasa biegu. Bieg Szlak Trafii to… już bieg górski. Górski, i to taki już solidnie górski! Start i meta są usytuowane przy stacji narciarskiej Parchatka. Może nie jest to olbrzymi stok jak w Alpach Szwajcarskich ale jest i wyciąg i całkiem stromy pagórek do jazdy. Skąd wiem, że stromy …powiem później;) Cała trasa  wytyczona jest po przepięknych ścieżkach Kazimierskiego Parku Krajobrazowego. Naprawdę przepięknych.

Zawody to dwa osobne biegi: na 7km i na 14 km. Marek z Justynę zdecydowali się na krótszy dystans, Ja, Dorota i Maciej na dwukrotnie większy wysiłek. Jak już szaleć to do upadłego ;)

2014-08-09 10.58.02 10603031_10203463946012835_1957141945_nPrzed startem.

Wystartowaliśmy równo o 11:00. Na niebie zero chmurek i temperatura dookoła ok 30 C. Będzie dodatkowe utrudnienie. Ciekawe ile trasy jest poza lasem. Oby jak najmniej. No..zobaczymy. Ruszamy (My czyli długodystansowcy Dorota, Maciek i Ja) i już po kilkudziesięciu metrach pierwsze utrudnienie. Olbrzymia, błotnista kałuża na całą szerokość trasy. Dzień wcześniej całkiem solidnie padało. Omijanie nie na wiele się zdaje. I tak za chwile wszyscy są mokrzy. Zaraz po niej jest jej siostra bliźniaczka. Nie wiem nawet czy nie bardziej dokarmiona wodą. Nauczony doświadczeniem poprzednich biegów górskich już się nie kryguję, wchodzę w środek i biegnę nie patrząc na wilgoć w nogach. Jak nie w tą to i tak wpadnę w kolejną a but w biegu i tak się szybko suszy. Za plecami słyszę już kilku naśladowników. Przydało się doświadczenie z poprzednich biegów. Kończą się kałuże i wbiegamy w las.

2014-08-09 11.02.08 2014-08-11 18.05.00 2014-08-09 11.05.29Tu od razu trasa zaczyna pnąc się wąwozem do góry. Wow. Ładnie. Super widok leśnego wąwozu, wypełnionego kolorowymi koszulkami biegaczy. Pagórek może nie najbardziej stromy ale już widzę pierwszych podchodzących. Ja jeszcze staram się biec. Obok dogania mnie Maciek. „I tak Cię dogonię! I tak Cię dogonię!” próbuje mnie zdemotywować.

2014-08-09 11.05.11Nic z tego! Jak wyprzedzi to wyprzedzi..ja po górkach biegać lubię;) Za chwilę wbiegamy na szczyt i pędzimy wąską ścieżką. Maciek jakoś zostaje w tyle. Za chwilę pewnie dogoni. Doroty już nie widzę. Biegnę i jestem zachwycony trasą. Jest wszystko co atrakcyjne. Wąskie ścieżki, las, wzgórza, ostre zbiegi, cudowny widok na meandrującą Wisłę i ..błoto z kałużami. Ale atrakcji. To zupełnie inny bieg niż po płaskim. Cały czas trzeba być skupionym. Nie ma żadnej monotonii… trzeba tylko pilnować, żeby Maciek mnie nie przegonił ;)

2014-08-09 11.30.27 2014-08-09 11.44.35 59739_320339664810674_4250712347177599868_nTyle, że biegnę, biegnę a jego nie ma. Czyżby wychowane na płaskim stopy nie chciały się asymilować z pagórkami? Oj…jak mi przykro! ;) Tyle, że na razie tylko czuję swoją szansę. Cały czas obawiam się znajomego oddechu na plecach . Robię wszystko, żeby go nie usłyszeć ;) 4 km, 5 km, kolejne wąwozy i kolejne zbiegi. Oj fajna ta trasa. Za chwilę zbiegam na półmetek. Przy gospodzie widzę już naszych Kibiców. Lekko zdziwioną Anię, Alę i Basię z Olkiem. Tym razem to ja jestem trochę szybszy. Dostaję butelkę z izotonikiem i pędzę dalej. Oj, żeby jeszcze udało się tak do mety dobiec. No jeszcze tylko 7 km. Zaczynamy nową pętle i docieram do najtrudniejszego podejścia. Wbiegam w las. Oj, stromo! Przypomina się Maraton Gór Stołowych tam miejscami też było tak wymagająco. Całkiem przyzwoite podejście. Nie wiem ile stopni miało to nachylenie ale Tu nikt nie podbiegał. Tu trzeba było podchodzić. Trudno..po to tu przyjechałem. Wwwwwczołguję się szczyt oglądam na dół …ale „wroga” nie widać. Ufff. Do mety coraz bliżej za chwilę znowu zbieg wąwozem, znowu bieg granią po łące i kolejne podejście. Jest naprawdę fajnie. Wszystko mi się podoba. Nawet kałuże i błotko w butach. Jeszcze 3 km. Urocze i bardzo miłe woluntariuszki co chwila informują mnie o kolejnych kilometrach. Organizacja i obsługa są naprawdę super. 12 km i ostatni zbieg. Kurcze… jest szansa, że będę przed białym Afrykańczykiem! Jest tabliczka 13 km! Jeszcze tylko trochę. Przed samą metą ktoś mnie dogania. Nie, nie Maciek. To inny jakiś wredzioch w białej koszulce próbuje mnie wyprzedzić. O nie!! Nie pozwolę. To mój bieg. Takiego sprintu na mecie już dawno nie miałem. Ostatnie 150 m to była walka bark w bark .Biegłem prawie jak Kszczot czy Kuciapski na finiszu w Zurychu. Kibice byli nawet z Francji to trzeba było się pokazać! ;)Fajne to było. Na mecie byłem..20 cm szybszy! ;) Jest cudnie!

IMG_2403 IMG_2406 Za ukończenie oprócz satysfakcji ..dostaję nawet dwa medale! Jeden drewniany a drugi na słodko – trochę zmęczonego gorącem piernikowatego koguta. Dziś wszystko mi się podoba. Czekam na Macka, a jego nie widać. Za chwilę biegnie jest 2 minuty za mną!!! Bierze Alę za rękę i wbiega na metę. Chyba jest zdziwiony moim biegiem ;) Ja też! Ale dziś mam duuuużo większego banana na Twarzy niż On ;) W międzyczasie spotykamy Justynę i Marka. Oni też skończyli swój bieg.

IMG_2399

Oni swój skończyli w trakcie gdy my biegliśmy swój. Im też się podobało. Oboje są bardzo zadowoleni. Teraz idziemy na początek ostatniej prostej eskortować Doro – naszą jedyną gazelę z 14 kilometrowego biegu. Dopingujemy kolejnych biegaczy. Każdemu należą się brawa. Każdy musiał się nieźle namęczyć i przygotować do dzisiejszej imprezy. Po chwili z lasu wylatuje „nasza” gazela w różowej czapeczce. Lekko zmęczona ale banan na twarzy jest. To dobrze. Dopingujemy na ostatnie metry i razem wbiegamy na Metę. Koniec. Całe BBK na mecie.

IMG_2421 IMG_2422Teraz dla każdego woda i naprawdę pyszne leczo. Atmosfera jest super. To zaleta takich kameralnych imprez. W tym roku limit biegaczy wynosił tylko 300. Więcej nie trzeba. Zaczyna się piknik. Organizatorzy przygotowali jeszcze jedną niespodziankę. Bieg na stok. Wygrywał każdy kto pierwszy dobiegnie do jednej z 16 osób z kopertami rozstawionych po całym stoku narciarskim. Niby proste. My też próbujemy. Woluntariusze porozstawiali się po całej łące i na start ruszyliśmy po szczęście. Oj…to było chyba najtrudniejsze wzniesienie tego dnia. W trójkę z Markiem i Maćkiem dobiegamy może do połowy góry. Nogi prawie błyskawicznie odmówiły dalszego udziału w zabawie. Młode, wygłodniałe gepardy przed nami biegły jakby im nachylenie nic nie robiło. Zanim się doczłapaliśmy do połowy wszystkie koperty były już złapane. Tak, teraz wiem, że na nartach też tu można jeździć . Ta górka jest naprawdę całkiem stroma. W zimie też przyjadę to sprawdzić. Z góry na nartach powinna być nawet większa przyjemność z jej pokonywania ;)

IMG_2411Ala – medalistka.

Szczęśliwcy, którzy pierwsi dotarli po koperty za chwilę dostają nagrody. Wśród nich….5 litrów płynu do mycia naczyń;) Tak. Opatrzność czuwała jednak nad nami ;) Nie zawsze trzeba wygrywać. Na koniec jeszcze loteria dla uczestników. Każdy numer może wygrać. Z naszej ekipy dziś wygrała Doro. Bidon i kosmetyki. Hip,hip hurra. Bardzo sympatycznie. Powoli piknik i impreza zaczynają się kończyć. Aaaa… zapomniałem o miejscach. Dziś najszybszy był Marek 18 miejsce, druga była Justyna 25 miejsce wśród kobiet na 7 km, pudło wśród BBK wywalczyła też Doro- 39 miejsce wśród kobiet tyle, że już na dłuższym 14 km dystansie. Ja byłem 4 – tzn. 74 wśród 177 mężczyzn na 14 km. 5 -ty – 85-ty było Maciek. Mam jednak wrażenie, że moje 74 miejsce przyniosło mi najwięcej satysfakcji wśród startujących. Sam nie wiem dlaczego?;)

Jak podsumować zawody? W skali od 1 do 10 daje 15!;) Wiem, ze względu na jednego kolegę za swoimi plecami mogę być stronniczy. Cóż, moje prawo. Myślę jednak, że jeżeli jestem to tylko „ciut”. Było naprawdę super. Super organizacja, bardzo fajne koszulki, bardzo sympatyczna obsługa, atrakcje dla wszystkich i fantastyczna trudna ale też bardzo rekreacyjna trasa. Czego chcieć więcej? Nie wiem. A może, w pakiecie drugi pakiet na kolejny bieg za rok ;) Ja na pewno będę chciał przyjechać. Marek, dzięki za zaproszenie i inspirację na bieg. Naprawdę było warto. Kto był to na pewno potwierdzi.

Opublikowano Bez kategorii, Bieg Szlak Trafi 2014, zawody | Otagowano , , , , | Skomentuj

Bieg po Świdrze 2014

DSC_2195

Bieg po Świdrze – „Świdrogedon” na mokro.

W ostatni tydzień sierpnia wystartowałem w zupełnie nowych i wyjątkowych zawodach biegowych. Właśnie czy to jeszcze są biegowe?  Czy może już pływackie? Biegowo-pływacki duathlon? Jak to nazwać?Pseudobieg rzeczno-strymykowy? Ma ktoś jakąś podpowiedź?

Kilka tygodni wcześniej Maciek zaproponował mi udział w biegu po Świdrze. (Świder to taka mała kręta rzeczka pod Otwockiem)  Lubię „nowe”, więc dwa razy nie musiał mnie namawiać. Jedziemy. Bieg środkiem rzeki? Hmmm? Nie wiem co to będzie ale trzeba spróbować. Koniecznie!

W tym roku były 3 dystanse dla dzieci, na 1,8km i na 5 km. Jaki wybieramy? No… wiadomo 5 ;) Na mniejsze dystanse wstyd byłoby się zapisać.  Zastanawiałem się jak się do czegoś takiego przygotować? Jak ubrać? Czy na boso, czy w butach czy w skarpetkach? Na wszelki wypadek biorę wszystko.  W ostatniej chwili najwyżej zdejmę. W końcu jesteśmy na tyle uprzywilejowani, że przed naszym biegiem jest bieg krótszy. Mam nadzieję, że na mecie zawodnicy chętnie będą chcieli się podzielić swoimi wrażeniami.

Na miejscu jesteśmy 1,5 h przed zawodami.  Jest bardzo gorąco (ok 32 C) i woda w rzece na szczęście też jest dość ciepła. Bieg po rzece to chyba jedyny sport, po kajakarstwie górskim, które się tego dnia nadaje do uprawiania.  Biuro zawodów jest skromne ale skromne też są zawody. Myślę, że we wszystkich biegach bierze udział maksymalnie 150-200 osób. Super. Bardzo lubię takie kameralne imprezy, może i moje miejsce w stawce będzie też bliżej podium.

2014-07-27 12.01.22Start.

Przed nam startują „krótkodystansowcy”. No zobaczymy jakie wrażenia będą mieli na mecie. Coś mi wygląda na to, że kopanie się z wodą wcale nie jest takie łatwe jak wyglądało to na zdjęciu.  Po ok. 20 minutach przybiegają pierwsi zawodnicy. Od razu idę w okolice mety wypytać o wrażenia. „Jak jest”? – Kurcze ciężko! Makabra! W jedną stronę z nurtem jeszcze ok, ale w górę rzeki to już mega wyzwanie.  Wszyscy są  wyraźnie zmęczeni. Ktoś mówi nie zazdroszczę tym co biegną na 5 km. Hmmmm, znaczy się nie będzie łatwo ;) Pytam w czym biec w butach na boso? Zdania są podzielone. Sporo osób zaczynało w butach a kończyło z adidasami w rękach.  Czyżby były za ciężkie?

Trzeba podjąć szybko decyzję jak biec i ustawiać na starcie. Za chwilę biegniemy My;) Ja decyduję się na bieg w butach i skarpetkach. Jakoś nie jestem pewien czy bieg po niepewnym rzecznym podłożu w rzece jest bezpieczne dla moich stóp. Skarpetki mam nadzieję, że uchronią mnie przed obtarciami.

No…. zaczynamy..3,2,1, start!  Już dla samego startu warto było przyjechać. Zabawa na całego. Ciężko jak cholera. Bieganie to na pewno nie jest ale chlapanie wodą jak na kolonijnej zabawie w podstawówce. Jestem cały wypluskany w 3 s. Cóż, tak miało być,  a w 30 C upale takie schłodzenie działa jak najlepszy balsam świata.. A niech chlapią ;)  No to biegniemy tzn. człapiemy. Woda na wysokości kolan skutecznie to utrudnia.

BPS - start ja BPS - start maciek

Nogi przebierają ale normalnego tempa biegu nie da się utrzymać.  Ciężko jak cholera. Już po 200 m..patrzymy sobie w oczy z Mackiem, rozumiejąc, że każdy już marzy o Mecie. Czy to był dobry pomysł tu przejechać? Jak ciężko! Każdy krok to jakby człowiek miał zamiast butów 30 kilogramowe obciążniki na nogach. Łatwo nie jest.  Plusem jest to, że biegnąc z prądem można czasami położyć się na wodzie i choć trochę popłynąć. Z nurtem to nawet szybsze. Kilkakrotnie z tego korzystam. Tak pływanie jest fajniejsze niż pseudbieg. Z prądem łatwiejsze, przyjemniejsze i ….szybsze. Tyle, że większość trasy jest po kolana. A w wodzie po kolana to nawet nasza Otylia długo nie popływa ;) Trzeba jednak człapać.  Metry strasznie się dłużą, o kilometrach już nie wspomnę. ! 5 km? ….w wodzie to strasznie długo.

 

BPS - fajne obceDSC_2230

 Po jakimś czasie Maciej jednak ściąga buty i biegnie na bosaka. Piasek w bucie jednak mu przeszkadza i trze stopy.  Twierdzi, że na boso biegnie mu się szybciej. Ja zostaję w butach. Ja nie czuje dyskomfotu. Może to przez skarpetkę?  Człapiemy, biegniemy i po 20minutach widzimy już pierwszych wracających. Oni też nie biegną cały czas. Nawet najlepsi nie mogą ;) Za chwilę jest już nawrotka. Połowa z nami ufff. Zawracamy i…… czujemy, że to wcześniej to była ta duuuużo łatwiejsza połowa. Teraz bieg jest w górę rzeki czyli pod prąd. Kolega w białej koszulce widzę, że zaczyna narzekać. Może to szansa dla mnie? Hmmm a może go wyprzedzę?  Wyprzedzam ale okazuje się, że sportowy duch fair play ginie w narodzie. Niektórzy nie potrafią przegrywać! Od razu chlapią po oczach,  spychają na bok na kamienie i korzenie i zastawiają trasę.   No…przyznam, jak Kuba Bogu tak Bóg Kubańczykom! Nie pozostaję dłużny! O nie!  Robię to samo i na dodatek próbuję łapać skubańca z nogi. Niestety okazuję się, że te nogi ma jednak ciut szybsze i nie daję się za bardzo złapać. Albo woda mu pomagała albo specjalnie w ukryciu wcześniej wazeliną je sobie wysmarował.   Szkoda, że UEFA tego nie sędziowała!!!! Bawimy się tak przez kilka minut wyprzedzając nawzajem i po bokach widzimy spore zdziwienie i… chyba trochę zazdrości że się tak dobrze bawimy.  Tak, ten odcinek biegu podobał mi się najbardziej. Było w nim bardzo dużo frajdy i zabawy. Prawie jak w przedszkolu! ;)Tak …fajne to było.  Okazuje się jednak, że mój kolega nie tylko biegł niezgodnie z regułami ale miał jeszcze asa w rękawie a raczej w  stopach. Po chwili zaczyna mi się jednak oddalać. Przestraszył się, że mogę być lepszy? Aż tak? ;) Proszę okolicznych nadbrzeżnych kibiców,  żeby pomogli mi go powstrzymać, mówię, że  buty mi ukradł ale nikt nie chce pomóc! Czyżby moje buty na nogach zdradzały mój fortel? Dziwne! ;) Teraz już staram się biec sam. Próbuję przynajmniej kogoś minąć.

bps maciek 2img_2080 Nie jest to jednak łatwe. Teraz do najbliższego biegacza mam ok 25 m. Kontakt wzrokowy jest ale co z tego. Ciężko tu w wodzie. Mijam nawrotkę poprzedniego biegu na 1800 m. Jeszcze tylko 900 m. Niestety teraz nie mijam ja ale mniej ktoś mija. Cóż. Organizmu się nie oszuka. Próbuję, ale szybciej nie mogę. W pewnym miejscu rzeka się zwęża i sięga mi prawie po pachy.

BPS - fajne obce3W tym miejscu nurt jest też tak silny, że 20 m robię chyba ponad minutę.  Idę, a prawie stoję w miejscu. Ja do chcę do przodu a woda mnie ciągnie do tyłu. Tu było naprawdę ciężko. Zastanawiam się jak to pokonywały dużo drobniejsze ode mnie dziewczyny? Jakoś pokonywały! Szacun.  Za chwilę widzę już flagi mety. Widzę też biała koszulkę Macka. Kontakt wzrokowy mam!;)  On już wbiega na metę. Jeszcze trochę i ja też tam będę. Przed samą metą jest jeszcze jedno głębokie miejsce z silnym nurtem.

2014-07-28 00.32.43 bps - dziewczyny w wodzie 10506609_585286398247023_5443290075328507812_o903870_585285681580428_219528537886476635_oKibice już jednak podpowiadają, którędy  jest łatwiej. No, trochę łatwiej. Jeszcze kilka metrów..jest! Jestem na Mecie i dostaję kolejny medal.. Ufff. Koniec, ciężko było. Za to zabawa była super. Bardzo się cieszę, że przyjechaliśmy.  Maciek przebiegł 24 w 59 minuty ( kilka osób jednak wyprzedził) , ja byłem 33 i przybiegłem 5 minut później.  Wiemy już jedno w przyszłym roku też tam przyjedziemy. Może w większej ekipie?

10596082_10203463972213490_1055242429_nSzczęście na mecie wygląda tak ;)

PS. Niektóre zdjęcia są moje, niektóre pożyczone z ze stron internetowych. Jeżeli ktoś chciałby, żeby je usunąć to proszę o kontakt.

Opublikowano Bieg po Świdrze 2014, zawody | Otagowano , , , | Skomentuj

Maraton Gór Stołowych 2014 – po wertepach do szczęścia.

Maraton Gór Stołowych 2014

MGS_logoTen bieg miał być moją wisienką na torcie tegorocznych wydarzeń biegowych. To było kolejne moje marzenie biegowe.

Jak już tu pisałem pochodzę z Kotliny Kłodzkiej i jako lokalny patriota koniecznie chciałem pobiec w tym maratonie. Maratonie? To nawet nie jest maraton! Maraton to 42 km. Rok temu dystans MGSu wynosił 46, a w tym dzięki pomysłowości organizatora doszedł do 50km!!! Piotr Herzog,  jeden z najlepszych polskich biegaczy górskich i organizator biegu, tłumaczył to uatrakcyjnieniem wydarzenia i możliwością odkrywania przez uczestników kolejnych uroków regionu. Czy ktoś z ubiegłorocznych uczestników był rozczarowany trasą??!!! Ktoś prosił o dodatkowe atrakcje?!! Jakoś nie słyszałem!;) Tendencja wskazuje, że w przyszłym roku bieg będzie miał 54 km. Jeżeli ktoś chce go przebiec to niech się szybko zapisuje, bo za 5 lat będzie miał już 70 km długości. ;)

MGS MAŁE1Pierwsze wzniesienia po starcie.

Na bieg zapisałem się już w zimie. Jak sama nazwa wskazuje bieg jest po Górach …Stołowych. W 99 % stoły są … płaskie. Takie powinny być i góry. Byłem tam kilka razy i faktycznie takie były. Oprócz samego podejścia szczyty nie są zbyt strzeliste i zdobywanie ich przysparza nie tyle zmęczenia co masę estetycznych wrażeń. Krajobraz pełen jest fantastycznych form skalnych a spacer wśród nich wspaniałym przeżyciem. Ochoczo więc się zapisałem licząc na fajny, relaksacyjny bieg pomiędzy skałami. Kolega (Paweł – Diabeł – Obi-Bok) twierdził, że bieg jest na tyle prosty, że nawet kijków nie potrzeba. Super. Będzie lekko i przyjemnie.

Czym bliżej do startu tym moje poczucie relaksu malało.  Za to wątpliwości? No te to rosły : a) to jednak 50 km. b) po jaką cholerę w Internecie piszą, że to jeden z najtrudniejszych biegów górskich w Polsce? Paweł żartował? c) jak tu w Warszawie ćwiczyć ostre podbiegi??? d) Czy ja naprawdę chcę to zrobić i czy naprawdę jestem na siłach? Rok temu przebiegłem Chudego Wawrzyńca ale czy dam radę teraz? Moje poczucie fanu i entuzjazmu drastycznie zaczęło się zmieniać w poczucie obawy i dyskomfortu.. No nic … skoro się powiedziało A, to trzeba rzec B, a potem C, a na koniec XYZ. Po co ja się zapisywałem?!?

Dwa tygodnie przed biegiem zmusiłem się do zrobienia 30 km. Miała być spokojna przebieżka, a tu 20 km ledwo przeczłapałem, a 30–kę zrobiłem tylko dzięki Maćkowi i Wojtkowi, którzy mnie prawie ciągnęli za sobą (Woju, naprawdę dzięki za motywację!!!). MGS to jednak 20 km więcej!!! I to po górach! Ok., Stołowych (czyt. w domyśle „płaskich”), ale jednak górach. Zamiast mnie to uspokoić, dodatkowo zwiększyło moje obawy.

No dobrze, 30-kę ledwo przebiegłem, a co z podbiegami? Jak to będzie? W tej sprawie trochę wcześniej znalazłem rozwiązanie. Okazało się, że prawie pod domem, na warszawskim hiper osiedlu Ursynowie, mam całkiem przyzwoity teren do … biegów górskich. Od kilku miesięcy na Ursynowskiej hałdzie – Kazurce odbywają się biegi górskie!!! Monte Kazura. Górka niewielka, ale 3 okrążenia z 5 podbiegami i zbiegami dają popalić największym twardzielom. Ktoś miał super pomysł z tym cyklem biegowym. Gratuluję. Raz pobiegłem i od tego czasu górka stała się moim ulubionym miejscem treningowym. 5 km daje naprawdę niezły wycisk.

MGS się zbliżał, a mój strach miał coraz większe oczy. Czy ja to pokonam? Ponownie odważyłem się spojrzeć na mapę. No, nie wiem czy słusznie zrobiłem. O rany! Ile podbiegów! I … te największe dopiero po 30 km!!! Wtedy gdy kontrolka świeci, że paliwa już nie już nie ma a siły trzeba szukać w rękawach! W normalnym maratonie to właśnie wtedy jest ..ściana!!!

mgs14_profilPrzed biegiem zrobiłem jeszcze kilka treningów wbiegając na Trojak w Lądku. Trening super, ale poczułem, że moje mięśnie górskie (pupa) mają jednak sporo do poprawy. Zbliżał się dzień startu, a dodatkowo moje trailowe buty przy zbiegach mocno obijały mi palce. Czy będę mógł tak biec przez 50 km? Po 20 km moja noga czuła się już jak w za ciasnej betonowej piwnicy. Na szybko zdecydowałem się kupić nowe buty Adidas Duramo 5 Trial. Może nie tak twarde jak Kanadie ale za to luźniejsze.  W piątek mimo strachu, z pieluchą w majtkach ;), pojechałem do Pasterki. Jechałem i biłem się z myślami: po co mnie to? Na co? Dam radę? Kurcze, a jak nie dam? To … przynajmniej spróbuję. Przynajmniej zobaczę ile dam radę. Te przewyższenia z mapy naprawdę robiły na mnie wrażenie.

W Pasterce czekał już Paweł – „Diabeł” i Ola, „Siostra Diabła”. Przyjechali dzień wcześniej, by zrobić rekonesans po trasie. Spacerkiem przeszli ostatnie 20 km, żeby zobaczyć co ich czeka na koniec. Ola stwierdziła, że spacerkiem to te 20 km można przejść w 4,5 h. Biegiem ponoć nie powinno być wiele szybciej. Nawet Paweł stwierdził, dość lakonicznie: „Taaak, … jutro będzie ciężko”. Ten to potrafi pocieszyć! ;) Stromizny są rzeczywiście znaczne, a dzięki kamieniom i korzeniom przyspieszyć za bardzo nie ma gdzie. Ktoś, chyba ambicjonalnie tak układał trasę, żeby miała miano jednej z najtrudniejszych w Polsce. No nic, jak już przyjechałem to na start trzeba iść.

MGS200009W sobotę o 9:50 stoję wraz z 500 biegaczami przed schroniskiem Pasterka. Cykor, jeszcze jest …ale już zdecydowanie mniejszy. Wśród innych biegaczy strach mi zmalał. W kupie raźniej. ;) Tu rada dla innych: Jeżeli ktoś chce biec coś dłuższego, trudniejszego, to warto przyjechać wcześniej i poczuć atmosferę biegu. Każdy się stresuje! Przed startem taka integracja baaaardzo pomaga. Ola startowała po raz pierwszy w takim biegu. Nawet normalnego maratonu nie przebiegła. Marcin i Kuba wyszli na start prosto po całonocnej podróży z Warszawy przez Katowice. Kasia z Arkiem prosto z wakacji we Włoszech. Kurcze, jeżeli ONI startują, to ja też dam radę. Pogoda jest śliczna. Błękitne niebo i prawie 28 st. C. Hmm…, trochę jakby za ciepło. Ale niech tam! To nie spacer dla niedzielnych sportowców tylko ultra maraton górski dla poważnych biegaczy. ;)

Wybija godzina 10-ta. Startujemy. He, he … zapomniałem dodać, że kijki jednak biorę ze sobą. Bez nich nie wyobrażam sobie pokonywania stromizn. „Diabeł” niech sobie mówi co chce – ja się bez nich ze startu nie ruszę. Emocji było tyle, że przyznam pierwszych kilometrów zbytnio nie pamiętam. Na pewno był tłum biegaczy i pierwsze skałki po drodze. Tych na razie się nie obawiałem. Wiedziałem, że prawdziwy wyczyn zacznie się później.

MGS30012MGS MALE3Żeby poczuć się na trasie pewniej ustaliłem sobie własną strategię. Nie myślałem o mecie. Myślałem tylko o dotarciu do najbliższego punktu żywieniowego. Do mety miało być ich 5. Jak dotrę do pierwszego będę myślał o drugim, a o kolejnym później.

 MGS MALE2

Po kilku kilometrach wbiegamy do Czech. Skał jest coraz więcej. Wygląda to fantastycznie. Dookoła piękne, cudowne formy skalne tyle, że nie za bardzo można się tym delektować. Trzeba biec i uważać, żeby nie przewrócić się o kolejny kamień lub korzeń. Dobiegam do pierwszego punktu pomiarowego i żywieniowego. Zegarek wskazuje mi 8 km. Jestem.. już trochę zmęczony. Skwar, temperatura, emocje i trasa jednak dają o sobie znać. Nawet nie patrzę na czas. Ładuję akumulatory, piję izotoniki, pożeram pomarańcze, banany, rodzynki i biegnę dalej.

2014-07-10 09.10.06 2014-07-10 09.15.34Wbiegamy w Czeski Park Gór Stołowych. Fajnie tylko … ciasno miedzy tymi kamieniami. Szczególnie na zbiegach jest niebezpiecznie. Bardzo cieszę się, że mam kijki. To był bardzo dobry pomysł, że je wziąłem. Pomagają, zarówno przy wchodzeniu, jak i schodzeniu. Nie muszę zastanawiać się jak schodzić i których kamieni się łapać. Kijki same dają mi dodatkowe wsparcie. Wkrótce dobiegam do kolejnego punktu. 18 kilometr. Kawał od startu, ale do mety jeszcze bardzo daleko. Następny bufet na 28 km. Tylko 10 kilometrów, a później? Później zobaczę co dalej.

2014-07-10 09.18.24 Wracamy do Polski. Przypominam sobie, że te pierwsze 3 odcinki miały być tymi mniej wymagającymi. Miały być! Po drodze mijam kolejnych już zawodników, którzy już zdecydowali się na zakończenie zawodów. Przed Pasterką łapię Marcina i Kubę. Obaj kuśtykają. Jeden na prawą nogą, drugi na lewą. Tak po połowie. W sumie to byłby z nich jeden całkiem zdrowy zawodnik. ;) Dla nich to ostatnie kilometry MGSu. Jeden ma kontuzję łydki i rozwalone kolano, drugi naciągnięte udo.

10438924_654698057954377_621032022893147067_n

Po chwili widzę ponownie dach schroniska w Pasterce. Jest! 28 km za mną. Połowa za plecami. Kiedy następny punkt? Gdzieś na 36tym. Dobra. 8 kilometrów. 8 to nie jest dużo. Tyle, że ponoć to najtrudniejsze kawałki trasy. Przez chwilę biegnę z Jackiem z Łodzi. Na schodzeniu mocno mnie wyprzedził. Ja nie miałem odwagi tak skakać po skałach. Tyle, że zaraz trafiło się trochę płaskiego i jestem przed nim. Fajnie kogoś wyprzedzić ;)

Przygotowuję się na główny podbieg. Kiedy ta ściana płaczu? No szybciej. Chcę mieć ją już za sobą. Jest!!! Ło Matko!  No cudnie! Oj, jeeeeest co podchodzić. Buddo, za co to?! Góry jak stoły??? To chyba po ostrej imprezie na wyjeździe integracyjnym. Stromizna jak w Himalajach!  ;)

MGS30005Nie wiem ile czasu podchodziłem, ale wiem, że było to o wiele za długo i cholernie za pionowo. Pewnie gdyby z natężenia siarczystych słów wypowiadanych przez zawodników wspinających się na górę zrobić paliwo do rakiet, to można by z niego zrobić miesięczny zapas do lotów na Księżyc i z powrotem. Najważniejsze: udało się! Jeszcze żyję i mam siły. Na chwilę wbiegamy na jakiś asfalt i biegniemy koło Małego Szczelińca. Dobiega nas głos spikera i wiwaty dla tych co już są na mecie. Słyszałem o tym na starcie, ale dopiero teraz tego doświadczam. JA mam jeszcze 14 kilometrów (!), a harpagany i mutanty już odpoczywają. W tym momencie to faktycznie nie było miłe. Na szczęście za chwilę zbiegamy do przedostatniego punktu i „wkurzające” owacje cichną.

10419464_654697414621108_8611772201134574786_nTu niespodzianka. Oprócz wody i izotonika jest … coca-cola. Takiej pysznej to nigdy nie piłem. Nobla dla wynalazcy! Wolontariuszka mówi mi, że kolejny punkt zamykają o 17:20. Mam jeszcze godzinę i 10 min. Ok. To tylko 8 km. Powinienem zdążyć. Teraz akurat trasa trochę się wypłaszcza i biegniemy po pięknych łąkach z cudownymi widokami. Jest ślicznie. Trzeba jednak biec by zdążyć przed limitem czasowym. Robię kilka fotek w biegu i lecę dalej. Niby wygląda, że teraz będzie już łatwiejsza trasa, ale … trzeba zdążyć!

2014-07-10 09.12.43 2014-07-10 09.16.36Po chwilowym zbieganiu znowu zaczyna się podchodzenie. Jesteśmy ponownie w lesie. Niby już nachylenie niewielkie, ale nogi po 40 km już nie udają, że są wypożyczone od górskich kozic. Byle dobiec…, tfu!, …doczłapać do punktu. Godzina 17:00-ta. Czas na five o’clock, ale punktu nie widać. 17:10. Rozglądam się i nadal nic. Przede mną widzę dwie dziewczyny. Znowu jest pod górę. Staram  się do nich dotrzeć i przyśpieszam (przynajmniej tak mi się wydaje). 17:13… herbatki wciąż nie ma. 17:15 … Ufff! Jest. Za krzakami widać już punkt z napojami. Zdążyłem.

2014-07-10 09.18.122014-07-10 09.18.32Piję izotonik i biegnę dalej. Teraz tylko Błędne Skały, zbieg i wejście na metę po 660 schodach! Już blisko. Już tylko 8 kilometrów i meta. Jak tutaj dobiegłem, to i do mety dobiegnę. Dam radę! Taktyka na myślenie tylko o poszczególnych punktach żywieniowych bardzo mi się sprawdziła. Biegniemy grzbietem błędnych skał. Niby prosto, ale korzenie i kamienie nie pozwalają na komfort. Oprócz nich pojawia się jeszcze piach i błoto. Trudno. To już nie daleko. Już blisko.

W zegarku od Marka właśnie kończy mi się bateria. Widziałem, że byłem już na 46 km. Zostały tylko (AŻ!) 4 km do mety. Ale jak z czasem? Czy zdążę przed limitem? Czuję, że w bucie pęka mi na pięcie pęcherz. Boli. Dobrze, że dopiero teraz, a nie wcześniej. Jak na nowe, nie testowane buty, to i tak super wynik. Teraz już zbiegam na palcach i czekam na schody do nieba (mety). Na nich już pięta nie będzie tak ważna. Jest asfalt! Napis..”Meta 2 km”. To już blisko.

2014-07-10 09.16.032014-07-08 02.35.49Dziwne ale mam wrażenie, że od 25 km to już nie czuję zmęczenia. Mam wrażenie, że biegnę w takim mikrotransie. Mam biec i biegnę, nie myślę o dyskomforcie, a organizm się słucha. Nie czuję skurczy, bólu mięśni… całkiem miła niespodzianka. Jest Karłów. Pytam się o godzinę. Mam jeszcze 45 minut czasu. Ale ile się wchodzi po schodach na górę? 30 min? Pytam jednego już schodzącego biegacza z medalem jak długo się wbiega? Jeszcze 10 – 15 min. Oj, kijki teraz to się bardzo przydają. Schodek po schodku i kolejny schodek i … następny. Wchodzę przy aplauzie schodzących z góry turystów i tych zawodników co już wracali z góry z medalami. Jeszcze tylko kilka kroków i… koniec schodów! Jeszcze jakieś 150 m pomiędzy skałami i widzę schronisko. Wpadam na metę. Udało się!!! Udało się! 50 km za mną. Jeszcze rano nie za bardzo wierzyłem, że się uda. Dostaję medal i ..piwo! Oj tak, zasłużyłem. Bardzo zasłużyłem. Siadam z boku i odpoczywam. Udało się. Jest cuuuuudnie.

10273415_654695827954600_213379394731882867_n 10392326_654695294621320_1246658936367178637_n 10526028_654696261287890_6790101679627580632_n MGS30002 2014-07-10 09.14.57Szczęście na mecie ma różne oblicza ;)

Za chwilę podchodzi do mnie Paweł – „Diabeł”. On był tylko chwilę przede mną. Jemu dziś bardzo trudno się biegło (miał zawroty głowy i kłopoty żołądkowe). Sprawdzam swój czas 8:29! Pół godziny przed limitem! Paweł miał 20 minut lepiej. Teraz czekamy na Olę. Na 3 punkcie nie zmieściła się w limicie, ale biegnie. Czekamy. Mija 19-ta i organizatorzy zaczynają składać dmuchaną metę. Biegacze ciągle jeszcze wbiegają. 19:40 jest Ola. Padnięta, zmęczona ale bardzo zadowolona. Jej pierwszy maraton przebiegnięty, przepraszam… od razu ultramaraton. Kurcze! Super dziewczyna! Nie wyrobiła się w czasie, ale biegła dalej. Fajnie, że na mecie medale dawali również tym trochę wolniejszym uczestnikom. Wolniejszym ale z jaką determinacją. Ola, po raz któryś WIELKIE GRATULACJE! za waleczność, upór i niepoddanie się, aż do samej mety.

MGS40004Teraz jeszcze pół godziny do schroniska Szczelinka i odpoczynek. Schodzimy częściowo znaną nam już trasą z biegu. Idę i jeszcze bardziej podziwiam WSZYSTKICH, którzy tu biegli kilka godzin wcześniej. Ale wertepy i stromizny!

MGS30006W Szczelince spotykamy Marcina z Kubą. Są trochę markotni. Nie dziwię im się. Tyle przygotowań, jazda na ostatnią chwilę i nici z tego. Spotykam też Kasię i Arka. Oboje dotarli do mety sporo przed nami. Kasia godzinę przede mną, a Arek, skurczybyk, był nawet 2 godziny wcześniej. Jak się zastanowiłem, to chyba nawet wiem dlaczego tak szybko biegł. Po prostu: popękane na początku biegu pęcherze tak go bolały, że musiał biedak szybko podnosić nogi żeby bólu nie czuć. Arek, szanuję wynik, ale patentu na szybszy bieg nie biorę!!! ;) Wolę dowieźć swoje bąble do końca! ;)

Teraz już relaks. Diabeł znajduje jeszcze coś zimniejszego od piwa i opowiadamy wrażenia z biegu. O tak! Należy się nam! Z boku słyszę opinię, że pomimo krótszego dystansu, było gorzej niż na Rzeźniku. Przyznam, że to baaaaaaardzo fajne uczucie skończyć taki bieg. To piękny smak gdy się udaje spełnić kolejne marzenie, które na dodatek jeszcze dzień wcześniej wydawało się mało realne. Co teraz? Jeszcze nie wiem. Na razie myślę. Myślę gdzie wyznaczyć sobie kolejny cel, kolejny bieg! ;)) I może być nawet trudny! Dam radę! ;)

PS. Dyrektorowi biegu wybaczam powiększenie trasy. Fakt, da się przebiec. Co więcej, przyznaję – jest to super uczucie. ;)

PS.2 .Cześć zdjęć jest moja, część Piotra Dymusa (po zawodach dostałem pozwolenie na zamieszczenie kilku jego fantastycznych zdjęć), a część znalezionych w Internecie. Jakby ktoś znalazł swoje i nie chciał, żeby tu wisiały to proszę o kontakt.

 

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , | Skomentuj

Triathlon Piaseczno 2014 – po drugiej stronie barykady.

Triathlon Piaseczno

26 maja miały miejsce kolejne bardzo fajne zawody. Triathlon Piaseczno 2014. Do tej pory zawsze brałem udział w zawodach jako zawodnik. Tym razem nie pojechałem startować, pojechałem jako kibic.  To było zupełnie nowe doświadczenie. Jakie? Chętnie opowiem.

W tamtą słoneczną niedzielę nie zdecydowałem się na wylewanie swojego potu. W Piasecznie na walkę ze swoimi słabościami zdecydowali się Agata, Rafał i  Radek.  Agata po raz pierwszy! Jako solidarni członkowie klubu Biegam Bo Krzyczy Ania, Basia, Maciek, Tomek i Ja zdecydowaliśmy się im w tym pomóc. Porządni kibice nie są stateczni i mało aktywni. Chcąc zachować pełen profesjonalizm, Doro, Ania i Tomek przygotowali zawodowy transparent i postanowiliśmy wspomóc naszych odważniejszych klubowiczów. Rano zapakowaliśmy się w auto i pojechaliśmy do Piaseczna. W samochodzie jeszcze nie wiedzieliśmy co nas czeka. Choć ciekawość była duża, wiedząc jak długo zawody trwają chcieliśmy obejrzeć tylko ich część. Co by nie było takie zawody trwają ponad 3 godziny! Czy to nie będzie za dużo? To wydawało nam się całkiem sporo. Tu ważna informacja. To były zawody ¼ Iron Man-a. Takie… dla „początkujących”. ½ Iron Mana a tym bardziej cały Iron Man trwają zdecydowanie dłużej, przeważnie kilkanaście godzin. Z ciekawości sprawdziłem w ile czasu  pełnego Iron Mana pokonują najlepsi zawodnicy. To 3,8 km pływania, 180 km na rowerze i maraton 42,2 km!!!!…no ile? Kto wie? Niesamowite ale najlepsi na świecie ten dystans pokonują w 8 h!  Oczywiście amatorzy potrzebują kilku godzin więcej.
My kibicowaliśmy na ¼ tego mitycznego dystansu. ¼  też wygląda jednak to baaaardzo wyczynowo. Sam jeszcze go nie pokonałem.
Na start przyjechaliśmy trochę wcześniej. Chcieliśmy zobaczyć jak nasi herosi prezentują się w obcisłych piankach a tu kicha. Niestety,  w piance, w okularach i w twarzowym ….prawie różowym sexi czepku z numerem…każdy wyglądał tak samo. Znaleźliśmy fajne miejsce na brzegu i z niecierpliwością czekaliśmy na strzał startera. A nuż uda nam się rozpoznać, któregoś z naszych triatlonistów. Start do pływania wygląda jak start lemingów w gotującej się wodzie. Kilkaset osób macha w transie  w wodzie  rękami i nogami chlapiąc wodą dookoła siebie.  Z brzegu każdy wygląda tak samo i tak samo macha rękami. No prawie tak samo . Szybko okazało się, że style pływania znacznie się jednak różnią.

IMGP0705 (Kopiowanie)IMGP0716 (Kopiowanie)Byli tacy co faktycznie płynęli kraulem jak pershingi wystrzelone z wyrzutni , z turbo napędem w nogach w a byli też tacy, którzy trasę wodną pokonywali na plecach, co chwila szukając kierunku celu. Nie każdy musi być pershingiem ;) Jak płynęli nasi? Nie powiem…..bo nie widziałem. ;))
Po wodzie, szybko przeszliśmy do strefy zmian. Po wyjściu każdy zawodnik jak najszybciej musi ściągnąć swój śliski gumowy kombinezon, znaleźć swój rower, ubrać kask, buty i jak najszybciej wybiec z rowerem ze strefy zmian. Wydaje się to banalnie proste, ale sam kiedyś byłem w takiej strefie i wiem, że nawet przebranie nie jest łatwe. Mokry kombinezon przeważnie bardzo mało współpracuje przy jego ściąganiu. Klei się do ciała i wrednie nie chce zleźć z ciała. Po, co  by nie było męczącym pływaniu  sama zmiana ciuchów też już jest  kolejnym wysiłkiem. No ale już  1 km za plecami. Teraz już tylko rower, bieganie. Tu już rozpoznajemy naszych triathlonistów. Bez kombinezonów już bardziej przypominają …siebie.?!? No nie…kogoś podobnego do nich. Teraz są bardziej obśliźli i wymoczeni ;)

IMGP0731 (Kopiowanie)IMGP0770 (Kopiowanie)Krzykami mobilizujemy ich do wysiłku. Hmmm….fajne to jest. Stoisz z boku, nie męczysz się, meczy się ktoś inny a TY….z uśmiechem na twarzy w pełnym komforcie i relaksie tylko motywujesz do zwiększonego wysiłku. Woow. Jeszcze jakby za to płacili?;)) W strefie zmian widać też spore różnice w taktyce pokonywania triathlonu. Są tacy, którzy się spieszą…ale są również tacy, którzy czas na zmianę traktują jako możliwość podzieleniem się swoimi aktualnymi wrażeniami z fanami. Fan też człowiek. Tu właśnie widać profesjonalizm tych osób. Nie tylko wysiłek się liczy, kibice też są ważni. Agatko, dziękujemy za chwile na pogaduchy ;) Dawaj przykład innym ;)

W strefie zmian okazało się, że mam na trasie dużo więcej znajomych. Był Marcin z maratonu z Dębna, był Paweł z triathlonu w Kozicach, był Jarek z 12tri.pl i był też Krasus (na których zawodach go nie ma?;). Wow ale tłum znajomych. Kłopot w tym, że w kaskach i okularach też ciężko ich poznać.

Teraz rower i 40 km na dwóch kółkach. Po kilkunastu minutach strefa zmian robi się pusta i idziemy na trasę rowerową. Zawodnicy mają do przejechania dwie pętle wiec dla kibiców to tez atrakcja, że będą mogli zobaczyć swoich idoli kilka razy. Przyznam, że myślałem, że takie oglądanie na żywo kolarstwa to straszna nuda. Błąd! Okazało się być zupełnie inaczej.

IMGP0796 (Kopiowanie)IMGP0799 (Kopiowanie)IMGP0805 (Kopiowanie)To masę wrażeń i emocji. Najpierw czekaliśmy na najszybszych, później na naszych i było to naprawdę fajne. Kibicując poczułem taki fajny reset. Wpatrując się w kolejnych zawodników i szukając znajomych cały czas byłem skupiony na zawodach i …było to naprawdę baaardzo wciągające.  Polecam.  Po kilkunastu…minutach przyjechał Radek, później Rafał i Agata w seledynowej koszulce. Zgadnijcie? Kto zwolnił dla nas? ;))

IMGP0806 (Kopiowanie)Czas dziwnie szybko uciekał i zaraz okazało się, że minęła kolejna godzina i trzeba znowu śpieszyć się do strefy zmian robić kolejne zdjęcia.

Po jakimś czasie do strefy wpada Radek, później Rafał,  Marcin (z Dębna) i Agata.  Teraz już tylko 4 pętle po 2,5 km i meta. Finał już niedaleko. Krzyczymy i kibicujemy ale widać, że świeżość nie jest już elementem twarzy zawodników. Wyglądają jakby takie słowo wyleciało im ze słownika. Gdzieś, coś kiedyś o niej słyszeli ale było to lata świetlne temu.  Twarze im się trochę powykrzywiały. Choć…zaraz zaraz..jak tylko aparat fotograficzny pojawia się przed nimi to i uśmiech od razu pojawia im się na twarzach. Albo aktorzy albo symulanci! ;)

IMGP0846 (Kopiowanie)IMGP0851 (Kopiowanie)IMGP0896 (Kopiowanie)IMGP0874 (Kopiowanie)Jednak na mój nos, lekko chyba im nie jest.Teraz walczą z sobą, swoim ciałem, temperaturą ( prawie + 30 C) i piaskiem trasy. Pchać i nosić na barana nie można więc pomagamy „paszczą” zachęcając kolejnych napotkanych znajomych. Mamy nadzieję, że pomaga.

IMGP0933 (Kopiowanie)IMGP0926 (Kopiowanie)IMGP0931 (Kopiowanie)Organizatorzy w tym roku odznaczyli się wyjątkowym poczuciem humoru. Metę ustawili na najwyższej okolicznej piaszczystej wydmie. Nawet na 100 m nie za bardzo chciałoby mi się pod nią wbiec a Tu inni musieli po 50 km zawodów. Zaraz, zaraz…współczuć im? Chcieli krew, pot, piach i łzy to mają ;) Ja się nie zapisałem! ;)

IMGP0948 (Kopiowanie)IMGP0954 (Kopiowanie)IMGP0960 (Kopiowanie)Mały i duży triathlonista.

Po kolejnej godzinie na metę wbiegają Radek i Rafał. No…pełen szacun. Finisz Rafała wart był najbardziej prestiżowych zawodów. Na ostatnich metrach walczył jak lew pokonując na mecie o długość własnej rzęsy konkurenta. Brawo. Radek walczył tylko z sobą ale też pod górę mknął jak gazela …po piasku ;) Teraz czekamy na naszą kobiecą bohaterkę dnia.

Czekamy.
Czekamy.
Jest! Biegnie! Już podnosimy transparent…już chcemy zachęcać do ostatniego wysiłku…ale…ale żółtka koszulka nie zakręca?!Co jest? Okazało się, że to nie finisz. To ..przedostatnie okrążenie. Trudno poczekamy. Czekamy ale gdzieś nam się zapodziali „R-Brothers”. Po kolejnym dłuższym mgnieniu oka,(…bo nam czas szybko leciał ;) ) widzimy już dobiegającą seledynową (tzn…taką wyrazistą żółtą) koszulkę naszej supermenki. Pędzi ile fabryka dała. No nic dziwnego…leci nawet w eskorcie dwóch dobermanów. Jeden jest spokojniejszy ale drugi dość sugestywnie zachęca Agatę do ostatniego wysiłku. Na załączonym zdjęciu już widać skąd nazwa grupy ” BIEGAM BO KRZYCZY”.

IMGP0969 (Kopiowanie)Rafał -Nasz Trener..prosi podopieczną o odrobinę więcej wysiłku ;)

Widać też, że to działa. Przyzwyczajona do treningowych metod zawodniczka pod piaszczystą górę nie tylko się wdrapuje ale mknie jak Usain Bolt na Olimpiadzie. Jeeeest! Meta osiągnięta! Gratulacje Agata! Pierwszy triathlon za Tobą. Gratulacje też dla „R-Brothers” za nie tylko pojedyncze ale nawet podwójne osiągnięcie mety. Jesteśmy z Was dumni!

IMGP0976 (Kopiowanie)Szczęśliwa ekipa BBK na mecie. (prawie cała, bo bez piszącego to fotografa;))

Podsumowanie. Kurcze…jestem mile zaskoczony. Nie tylko udział w zawodach jest atrakcyjny. Kibicowanie też. Polecam też to drugie. Wydawało mi się, ze z drugiej strony barykady to już nie jest tak fun. Jednak jest. Nie lepszy, nie gorszy ale inny i baaardzo fajny. Mnie się bardzo podobało. Ani, Basi, Maćkowi i Tomkowi również. Wytrwaliśmy do końca zawodów i bardzo się z tego cieszyliśmy. W następnych zawodach już chcę sam wystartować ale…zachęcam do kibicowania..tu też są emocje i naprawdę PRAWDZIWE endorfiny! Mogę zaświadczyć ;)

PS. A jakby ktoś nie wiedział czy triathlon jest dla każdego..to mam tu jeszcze mobilizującą fotkę. Specjalne brawa dla tego zawodnika! Mnie zaimponował.
IMGP0906 (Kopiowanie)

Opublikowano Bez kategorii, Triathlon Piaseczno 2014, zawody | Otagowano , , , | 2 komentarzy